Powiadali, że historie te zmyśliłem, a co złośliwsi pozwalali sobie na insynuacje, jakobym miał skłonność do alkoholu, skrzętnie ukrywaną. Bóg jeden wie, jakie jeszcze plotki rozpowszechniano na ten temat - ale tacy już są ludzie: chętniej dają wiarę najbardziej nieprawdopodobnym bzdurom aniżeli autentycznym faktom, które pozwoliłem sobie tu przedstawić. S.Lem - Dzienniki Gwiazdowe
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

Dawno nie miałam w szafie marynarki. Ostatniej z przedblogowych zapasów pozbyłam się już kilka lat temu, ale nie żałuję, bo szczerze mówiąc, żadna nie była dobrze dopasowana.  Ta jest naprawdę fajna, przede wszystkim dlatego, że dobrze leży w ramionach. Zawsze miałam z tym problem i w marynarkach czułam się trochę jak w stroju do futbolu amerykańskiego, z barami a'la King Kong. W tym wypadku problem nie istnieje pomimo luźnego kroju, a szpiczaste klapy dodają fantazji i nonszalancji. Miłym akcentem jest fakt, że zakupiłam ją na wyprzedaży z okazji sezonowej wymiany kolekcji (tak, tak) w osiedlowym lumpeksie za całe 2 zł. Dawno nie zrobiłam tak tanich zakupów (ostatnia była jedwabna sukienka w lecie), więc nie powiem - było miło. 

Nie zdołałam także oprzeć się bluzce z szarfą F&F kupionej w Tesco na wyprzedaży za 17 zł, no kto by mógł? Szarfy działają na mnie w sposób magnetyczny, włącznie z wyrobami wykonanymi własnoręcznie naliczyłam w szafie dziewięć sztuk bluzek z wiązaniami pod szyją. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że gromadziłam je latami.

W połączeniu ze spodniami, którymi zamęczam Was od miesiąca wyszło prawie jak ostatnio. Jako, że prawie robi podobno różnicę, a temperatury odstręczają mnie od latania w bluzeczkach i spódniczkach po polu  (dla reszty Polski: po dworze), zagłuszając lekkie wyrzuty sumienia serwuję zdjęcia, na których wyglądam tak :

 

 

marynarka - lumpeks, spodnie monnari, bluzka F&F tesco, buty deichmann

11:37, jaagnieszka0
Link Komentarze (9) »
sobota, 14 stycznia 2012

Śniegi jednak wzięły i przyszły, definitywnie przekreślając moje, nabierające ostatnio rumieńców, marzenia o zimie w klimacie niemal śródziemnomorskim. Może i nie było to to samo, z braku jednak perspektyw wyjazdu w cieplejsze strony, a pamiętając doskonale ubiegłoroczne srogie mrozy, skłonna byłam zadowolić się temperaturą oscylującą w okolicach pięciu stopni na plusie. Nie to nie. Mówi się "trudno" i zakłada skarpetki. Bo mnie na śniegu, żebym nie wiem jakie buty miała, zawsze stopy marzną.

Nie wytrzymam, jeżeli nie wspomnę słówkiem o tegorocznych wyprzedażach. Po pierwsze - można uznać, że właściwie się już skończyły. Ostatni rekonesans po sklepach ujawnił stosy dziwnych rzeczy, których jak żyję, w rozsprzedawanych kolekcjach nie widziałam. Też macie czasem takie wrażenie, że sklepy z okazji wyprzedaży dorzucają do tego co mają na stanie kontenerek lub dwa ciuchów kupowanych na wagę w Chinach, robią z tego miksy i sprzedają za dwa razy większą kasę niż w tzw "chińskich sklepikach" ? O podrzutkach z lat ubiegłych nie wspominając. W sumie wszystko mi jedno, bo nie kupuję ubrań w ciemno, kierując się tylko nazwą na metce, ale niesmak jakiś jest. 

Po drugie - co roku mam wrażenie, że szaleństwo zatacza coraz szersze kręgi. Tuż po świętach mogłabym się założyć, że w sklepach jest więcej ludzi niż na ulicach. Wtedy też, przy niezbyt atrakcyjnych obniżkach rzędu 20-30 procent zniknęła większość interesujących rzeczy. Gdzieniegdzie wisiały wprawdzie plakaty zachęcające do zakupów z 50- a nawet 70-procentowym rabatem, ale odnalezienie czegoś w tej cenie wymagało nie lada szczęścia.  Po uważnym przestudiowaniu na plakatach można dojrzeć dopiski "do", ewentualnie "aż do" rozwiewające ostatecznie nadzieje na  większe zakupy za pół ceny. Chyba,  że nosicie rozmiar XXS lub XXL - wtedy opłaci się zaczekać do 31 stycznia.

Z ciekawostek - skłoniłam mojego nastoletniego syna ( 1,60 wzrostu, 42 kg) do przymierzenia męskiej bluzy XS w sklepie dla młodzieży, spodziewając się, że wreszcie wbije się w jakąś konkretną rozmiarówkę ( problem znany rodzicom wszystkich nastolatków) Tymczasem bluza była ... za ciasna. Mlasnęłam oczami, taksując wzrokiem zwisające smętnie 10 cm rękawów. Idzie nowe ...

Poza tym w dalszym ciągu oswajam moje wełniane spodnie, czy raczej spodenki. Pod kolor bluzki z szarfą zafundowałam sobie niebieskie paznokcie. Ot i całe szaleństwo.

 

 

spodnie - monnari, kozaki - deichmann, reszta z lumpeksu.

21:43, jaagnieszka0
Link Komentarze (17) »
środa, 11 stycznia 2012
To Lucky Luke
wśród deszczu strug
pod niebem jak ze stali.
Kapelusz z mgły
wierzchowcem – sny
ich tętent grzmi w oddali.

Gdy konno mknął
ostrogi wpiął
wgłąb boków zadyszanych.
Zapomniał się
skąd jest i gdzie
i tak go zastał ranek.

Narodził się
z ciemności dzień
choć drzwi w noc niedomknięte.
Zmęczenia wąż
zaciska wciąż
obręczą sny obrzękłe..

Czy noc czy dzień
gdzie mroku cień
zapodział się tymczasem,
zobaczyć chciał
gdy chwilę stał
na popas hen pod lasem.

Nie widzi nic
dokoła mgły
przedziwna pora roku.
Chciał zbudzić się
śniąc,  że to sen
ta mglista pustka wokół.

Wnet rusza znów
na trasę snów
i dokąd wzrok poniesie.
Spojrzenia złe
czyhają w mgle
a w sercu maj i wrzesień.
 

 

Gacie Lucky Luke'a kupiłam w lupeksie, mają zabawny "kowbojski" fason z zaszewkami w kolanach nadającym nogom ponętny, pałąkowaty kształt, sugerujący podprogowo odbiorcy biegłość i rutynę w dosiadaniu wierzchowców.

Częstochowskie rymy wsadziłam w rytmy z TEGO (klik)  wiersza, wyszło coś jak Luji Witą z bazaru czyli inspirejszyn, albo Klamoty for HaendeM. Na tle literackim rzecz jasna.  Cóż, koszmar każdemu może się przyśnić i kto powiedział, że mam się z  nim męczyć sama ?



 

W kwestii ciuchów mam na sobie ponadto koszulę i płaszcz z zary ( resztki z zeszłorocznych wyprzedaży, wyświechtane po wszystkich wpisach ), "kowbojskie" buty z deichamnna, oraz nieśmiertelną i niezniszczalną torbę z komisu.

18:19, jaagnieszka0
Link Komentarze (11) »
niedziela, 08 stycznia 2012

HUŚTAWKA (klik)

Dlaczego HUŚTAWKA? Po trosze dlatego, że to nieprzemijająca, ukochana przyjemność i rozrywka Małej. Na lotach aż pod samo niebo spędzaliśmy i nadal spędzamy niezliczone kwadranse, a czasem i godziny. Zwykła zdawałoby się czynność, jest dla niej autentycznym źródłem szczęścia i pewnego rodzaju wyzwolenia. „Jestem wtedy wolna jak ptaki!” oraz „Z góry wszystko wygląda inaczej!” – niech jej słowa wystarczą za cały komentarz. Ale HUŚTAWKA również dlatego, że życie z osobą (dzieckiem) autystyczną to bezkresna amplituda przeżyć. Niekończące się doświadczanie emocji ze skrajnie odległych rejonów, ciągła labilność doznań. Od bezsilności, rozpaczy, depresji i gniewu po radość, nadzieję i mobilizację. W jednej chwili wydaje ci się, że już nic – ściana, mur i ani kroku dalej, by chwilę (dzień, miesiąc, pięć lat) później frunąć niesiony szczęściem wyczekanej poprawy. W górę i w dół, w górę i w dół. Jak na huśtawce. Taka właśnie nie-całkiem-zwykła codzienność stała się moim udziałem i o niej chciałam wam opowiedzieć...

 

Niemal dokładnie rok temu, a konkretnie piątego styczna w TEJ  notce przedstawiłam Wam po raz pierwszy bardzo niezwykłą osobę - Justynkę. Niezwykłą nie tylko dlatego, że od "zwyczajnych" dzieci odróżnia ją choroba, ale też niezwykłą z powodu swej determinacji oraz entuzjazmu w poznawaniu i oswajaniu naszego zwyczajnego, a dla niej bardzo pogmatwanego świata.

Zaburzeniem na które cierpi Justynka jest autyzm - podstępna choroba wykradająca rodzicom dzieci wprost na ich oczach, gdy zupełnie bezradni zmuszeni są patrzeć na rwące się więzi i rosnące w samym sercu rodziny mury. Gdy nareszcie pielgrzymując po lekarzach usłyszą diagnozę, mogą dopiero ogarnąć ogrom zniszczeń i rozpocząć szturm na szklaną wieżę. Tylko, że to nie jest bajka, to się  naprawdę staje i dzieje z naszym życiem.  Jaki jest początek, diagnoza, co oznacza słowo autyzm - wielu ludzi już wie i co roku dołączają do nich nowi, Nikt jednak stający na początku  drogi nie wie co go czeka, jak daleko jest cel i w jaki sposób powinien postępować. A przede wszystkim jak wiele trzeba przeżyć, żeby zrozumieć czym jest ten cel i  do czego tak naprawdę się dąży.

Wielu specjalistów napisało książki o autyzmie. Poradniki dla rodziców, kryteria diagnostyczne, zlecenia dla terapeutów, studia przypadku ... Jednak tylko rodzice wiedzą jak to jest kiedy żyje się pod jednym dachem z osobą z autyzmem. Tylko rodzice znają cenę odniesionych sukcesów i najbardziej ukryte korzenie porażki, tylko oni  dźwigają ten ciężar, a jego wagi nie opisuje żaden z fachowych podręczników.

Właśnie autyzm od strony rodzica i poprzez pryzmat życia rodziny opisywała mama Justynki przez ponad 10 lat na swoim BLOGU.  Wspólne życie bez lukru, przekłamań i koloryzacji, tak jak to się dzieje naprawdę.   Przez lata jej blog stanowił drogowskaz i koło ratunkowe dla rodziców, którzy nie z własnej woli stanęli na początku drogi, ale przecież ani nie mogli, ani nie chcieli z niej zawrócić. Raczej się nie pomylę gdy napiszę, że była to pierwsza tego typu strona w polskim internecie, kompensująca w pewien sposób brak rodzimej literatury na ten temat.

Teraz to się zmieniło, ponieważ internetowy pamiętnik ukazał się w formie książkowej, stając się tym samym pierwszą pozycją napisaną przez rodzica autystycznego dziecka na polskim rynku. To bardzo wiele gdy się zauważy, że dotychczas skalą i miarką do której mogli się porównać rodzice w Polsce były wyłącznie prace autorów z zagranicy. A wiadomo przecież,  że polskie realia niekoniecznie odpowiadać muszą ( czy to na plus, czy minus)  tym zagranicznym. Jest to tylko jeden z wyznaczników wartości tej książki.

Dochód ze sprzedaży książki z podanej przeze mnie w linku aukcji zostanie przeznaczony na leczenie i rehabilitację Justynki, podobnie jak środki pozyskane z darowizn 1% podatku przekazywanych na konto Justynki w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"

FUNDACJA DZIECIOM „ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ"
UL. ŁOMIAŃSKA 5, 01-685 WARSZAWA
Centrum Charytatywne Bank Pekao S.A. I/ Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Numer Krajowego Rejestru Sądowego (KRS): 0000037904 z dopiskiem "na rehabilitacje i leczenie Justyny Anny Sujata"
 
 
 
Moje dziecko
autor Marla DeBruin
 
Jest takie dziecko, które chcę żebyś poznała, to moje dziecko.
Moje dziecko wygląda jak Twoje dziecko, normalne i doskonałe ze wszystkich stron.
Moje dziecko ma jednak niewidoczne kalectwo.
Jestem pewna, że widziałaś moje dziecko.
Moje dziecko to to, które nigdy nie jest zapraszane na przyjęcia urodzinowe.
Moje dziecko nigdy nie było w twoim domu, aby bawić się z Twoim dzieckiem.
Moje dziecko to to, które siedzi samotnie na huśtawce, na podwórku.
Moje dziecko to to, które obserwuje jak inne dzieci bawią sią razem.
Moje dziecko chce się bawić z Twoim dzieckiem, ale powiedziano mu NIE,
ponieważ moje dziecko zachowuje się inaczej niż Twoje dziecko. (...)
Moje dziecko nie potrzebuje współczucia,
moje dziecko chce mieć przyjaciół.
Moje dziecko ma autyzm.
Moje dziecko mogło by być Twoim dzieckiem.
 

00:02, jaagnieszka0
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 stycznia 2012

Anomalie w szafie i w pogodzie. Pogoda jaka jest każdy widzi, ja mam nadzieję, że tak już zostanie do wiosny, hej!

Do szafy nabyłam za to z myślą o niedoszłych mrozach gatki wełniane. Dumałam nad nimi sporo, bo to niezwykły w mojej garderobie model. W szczególności ze względu na dość krótkie nogawki - jestem niska i do kusych spodni podchodzę jak do jeża, obawiając się, że skrócą mnie jeszcze bardziej. Ostatecznie byłam jednak dla gaci łaskawa ponieważ zimowe są i przebywają tym samym tylko i wyłącznie w towarzystwie kozaków, co zdecydowanie ratuje sytuację. Przyznam się, że miałam też trochę lęków pod tytułem "krój 30+", ale spodnie uszyte są bardzo fajnie, mają wiele ślicznych, starannie wykonanych detali, fantazyjne stębnowania, ukośne kieszenie, podszewkę co by się nie wypychały na przodach i tyłach (wełenka), a przymierzone zajęły natychmiast strategiczne pozycje, więc ostatecznie nie zdołałam się oprzeć. Postanowiłam sobie tylko solennie nie łączyć ich ze zbyt stateczną górą.

Góra ulęgła mi się w fantazjach i nie występowała w naturze, to znaczy w sklepach. Mam, owszem, bardzo podobny wykrój, ale uszycie całej bluzki od podstaw (na co porwałam się ostatnio i efektem nie omieszkam pochwalić w stosownym czasie) okazało się tak wyczerpujące, że rzut oka na rysunki już wzbudził moją niechęć. Poza tym nie miałam odpowiedniego materiału. Jak zazwyczaj w sukurs przyszły mi lumpeksy. Wytargałam z jednego ogromniastą koszulę z lat '80, z poduchami na ramionach wielkości dwuosobowych materacy i rękawami w rozmiarze suto marszczonej spódnicy balowej każdy. Koszula XXL była mi jednak  potrzebna i pożądana ze względu na nadmiar materiału właśnie, z którego zgrabnie i z krakowską oszczędnością wykroiłam dwa kawałki grzecznej szarfy do wiązania pod brodą. Poduszkowce poszły won, rękawki zwęziłam do mniej burtonowskich rozmiarów i w ten oto sposób Klamoty odziały korpus w nowiuteńką koszulę wprost ze snów. Dodatkowy atut stanowi materiał z jakiego jest wykonana - wiskoza jest bardzo przyjemna w noszeniu, w zależności od potrzeb i sposobu produkcji może wyglądać jak bawełna, lub jedwab. Mnie trafiła się dość szlachetna odmiana z delikatnym, acz z lekka luksusowym połyskiem.

 

 

Spis treści dziś wyjątkowo urozmaicony : spodnie - monnari, buty - ryłko, torba - komis, pasek - sh, koszula - prawie moja robota ;), płaszcz - zara, rękawiczki i szalik - prezent od mamy

19:49, jaagnieszka0
Link Komentarze (18) »
środa, 28 grudnia 2011
Ta trzcina cukrowa
Ta lemoniada
Ten huragan, nie boję się.
Daj spokój, nikt nie zobaczy jak płaczę
Ta burza z piorunami
Ten przypływ
Ta lawina,nie boję się.
Daj spokój, nikt nie zobaczy jak płaczę
 

 

spódnica - monnari, sweter - jakiś tam z TKmax'a, rękawiczki i szalik - od mamy, buty - deichamnn, reszta - lumpiate

 

23:01, jaagnieszka0
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 26 grudnia 2011

Święta - święta rzecz. Nie tylko dla katolików, z mojej obserwacji wynika, że dla większości ludzi - wierzących, czy nie - stanowią swego rodzaju kulminację i zwieńczenie całorocznych zmagań z życiem, ze światem, z codziennością. Są idealnym momentem dla długo odkładanych spotkań, pretekstem do pojednania i wybaczenia, gdy w innych okolicznościach honor na to nie pozwala. Zatrzymują szybki krok świata,  który zastyga na moment w wigilijny wieczór w swym pędzie i pozwala nam spojrzeć wstecz na życie, jego kręty ślad na mapie czasu poznaczony pętelkami międzyludzkich związków.  Pewnie potrzeba by więcej takich chwil w ciągu roku, gdy wiele godzin przygotowań poświęcamy myślom o innych, o ludziach, którzy pojawią się, lub chcielibyśmy, aby zjawili się w naszym domu. Pewnie to bardzo mało - jeden właściwie wieczór wśród 365, kiedy możemy się spotkać zostawiając bagaż wzajemnych uraz i niesnasek za drzwiami, a i to zapewne nie wszyscy potrafią się na to zdobyć. Mimo wszystko dobrze, że jest choć ta okazja, do wybaczenia błędów, których współczesny świat na co dzień nie pozwala nam ani popełniać, ani wybaczać.

Nie lubię komercji. Nie lubię świątecznych ozdób zalegających sklepowe półki od drugiego listopada, świątecznych reklam pojawiających się w tym samym czasie w telewizji, ani kolęd wykorzystywanych w radiowych spotach, co uważam za niesmaczne. Plastikowe ludziki z plastikowymi uśmiechami w plastikowych dekoracjach proponują nam święta z plastiku. Atmosferę do kupienia na wagę i w jakości HD,  za świąteczną pożyczkę, w promocji do 31 grudnia włącznie. Później będzie wyprzedaż i raty do spłacenia, ale o tym nie myślmy, bo trzeba nakupić prezentów i koniecznie zamówić pakiet telewizji z 1001 kanałem, gdybyśmy przypadkiem po złożeniu życzeń nie mieli już sobie nic do powiedzenia.

Nie jestem malkontentem. Bardzo lubię święta, wraz z całą otoczką. Począwszy od zakupów, wybierania produktów i upominków, przez przygotowania, porządki, szykowanie potraw i pakowanie prezentów. Lubię jedyną w swoim rodzaju atmosferę przy świątecznym stole, radość ze spotkania, wspólnego spędzania czasu i podarunków. Lubię beztroskę, która pojawia się w takich chwilach niezależnie od tego, ile zmartwień i kłopotów czeka na nas za progiem. Właśnie to przydaje świętom szczególnego charakteru - są trochę jak urodziny, ale przyjęcie składa się z samych solenizantów.

To co mnie wkurza, to wmawianie ludziom, że na święta potrzebują czegoś specjalnego, wyjątkowego, co handlowcy oczywiście mogą nam sprzedać od ręki w materialnej postaci.  Mamy więc specjalne gadżety, zabawki i słodycze. Są  specjalne telewizory, sprzęt agd, a nawet sportowy. Specjalne abonamenty i pakiety, specjalne telefony komórkowe, samochody i biżuteria. Wszystko, bez czego ponoć w czasie świąt nie można się obejść, bo absolutnie nie będą one wówczas "specjalne", ani "wyjątkowe". Bez tych zakupów - w domyśle -  czekają nas święta kiepskie, sflaczałe i szare jak znoszone kapcie teściowej.  Tymczasem nie chodzi przecież o to,  żeby urządzać i spędzać je z pomocą i w otoczeniu samych "specjalnych" rzeczy, ale o to, aby rzeczy oraz czynności zwyczajne i codzienne stały się mocą naszej woli i chęci świąteczne i niezwykłe. Na pierwszy rzut oka niby to samo, a przyznacie, że w istocie rzeczy ZUPEŁNIE co innego.

 

 

 

 

Właśnie z tych powodów w tym roku urządziliśmy najprawdziwsze święta z recyclingu. Dlaczego z recyclingu? Po pierwsze - najbardziej jak to możliwe nawiązujące do naszych najlepszych wspomnień z dzieciństwa. Po drugie - najmniej jak to możliwe oparte na zakupach i nabywaniu wszelkiego rodzaju rzeczy "specjalnych". Postanowiliśmy i dotrzymaliśmy postanowienia, aby nie kupować niczego (poza ozdobnym papierem), co 27 grudnia stałoby się bezużyteczne i trafiło na śmietnik. Można powiedzieć, że recyclingowe święta rozpoczęły się w naszych myślach kilka miesięcy wcześniej, gdy z premedytacją, oceniając faktyczne nasze potrzeby zrezygnowaliśmy z szerokiego pakietu telewizji - leżącej odłogiem, a mimo to owocującej co miesiąc pięknie wypasioną fakturą. Później było już tylko łatwiej. 

Ostatecznym efektem już w grudniu stał się stół zastawiony umiarkowaną ilością tradycyjnych, a niespecjalnie skomplikowanych potraw, oraz choinka, ozdobiona zawieszkami w dziewięćdziesięciu procentach (poza kilkoma innymi sztukami, do których jesteśmy bardzo przywiązani) uszytymi przeze mnie z materiałów - oczywiście z recyclingu.  Nikt nie jest idealny, ani ja (niestety ;) ), zatem jakieś grzeszki by się znalazły, jednak poczyniliśmy znaczący krok w dobrym kierunku i to nie tylko ze względu na święta.  Mniej mieć, a bardziej być  - niby wszyscy o tym wiemy, ale tak bardzo łatwo się zgubić. 

 

 

 Wszystkiego najlepszego na święta i ... na zawsze !

 

 

 

19:12, jaagnieszka0
Link Komentarze (14) »
piątek, 23 grudnia 2011

Powoli przyzwyczajam się do nowej fryzury. Nie oznacza to bynajmniej, że mi się nie podoba, lub ogarnęły mnie jakieś wątpliwości. O, co to, to nie! Zmianą jestem w pełni usatysfakcjonowana, jednak jest ona tak duża, że czasem, kiedy sobie trochę zapomnę, zaskakuje mnie własne odbicie w lustrze. Jest to dość zabawne uczucie, które trudno opisać, w każdym jednak razie nie nieprzyjemne. Poza tym wydaje mi się, że cokolwiek bym nie założyła - wyglądam jakoś inaczej niż dawniej. Kryzys tożsamości mi raczej nie grozi, ale niewykluczone jest jakieś przeobrażenie ...

Obecnie w Krakowie zalega wprawdzie cieniusieńka warstwa pierwszego śniegu wspomagana szronem, marne jednak szanse, aby doleżała do jutra do godziny "zero". Pogodynka bowiem obwieściła rychły śnieg z deszczem. Zdjęcia, całkowicie bezśnieżne, pochodzą sprzed niespełna tygodnia, kiedy było bardzo słonecznie i bardzo ciepło. Tylko zimowe światło, padające pod ostrym kątem rysuje nienaturalne kontury i nie pozwala zapomnieć o tym, że to już nawet  nie jesień.

Poza butami i kominem wszystko kupiłam w lumpeksach, szczególnie zadowolona jestem z torebki, mojego najnowszego nabytku z mięciutkiej skórki. Sukienka w kolorze choinkowym - jakby kto pytał.

 

 

Jak widać na załączonych poniżej obrazkach, nic nie dezaktualizuje się tak szybko, jak wizerunek kobiety - albowiem dokonałam zapowiadanej zmiany ostatecznej. Można to nazwać powrotem do korzeni, gdyż obecny kolor włosów najbliższy jest oryginałowi, czyli temu, co Klamoty miałyby na głowie, gdyby nie rozjaśniały włosów. Zatem włosy mam jak naturalne tyle,  że ładniejsze

 

 

Życzeń świątecznych jeszcze nie składam - mam nadzieję, że uda mi się tu na chwilkę, w dużo bardziej świątecznym nastroju, pojawić jutro !

 

20:06, jaagnieszka0
Link Komentarze (14) »
piątek, 16 grudnia 2011

 

W moim przypadku jeżeli chodzi o Monnari obowiązuje zasada "wszystko albo nic". Nie ma ubrań, co do których byłabym niezdecydowana - albo podobają mi się od pierwszego wejrzenia, albo zupełnie nie budzą mojej sympatii. Co więcej, odnoszę wrażenie, że marka jest bardzo nierówna i obok naprawdę fajnych, niebanalnych ciuchów w ich sklepach spotkać można rzeczy wykazujące jakby pokrewieństwo do nieco bazarowego stylu. Co nie dla mnie -  omijam, zaś pozostała część zawsze po zakupie daje mi wiele satysfakcji i właściwie nie było rzeczy, która przestałaby mnie cieszyć.

Ta sukienka nie stanowi wyjątku. Najpierw zwróciłam uwagę na nadruk, który kojarzy mi się z miejską nocą. Dlaczego ? Niezbadane są ścieżki ludzkich skojarzeń. Poza tym fason stanowi wyjątek w mojej szafie - nic podobnego do tej pory nie miałam, gdyż zwykle unikam plis lub marszczeń rozpoczynających się bezpośrednio przy talii. Tu jednak plisy zaszyte są w tak sprytny sposób, że sukienka choć luźnego fasonu, mimo wszystko nie zniekształca sylwetki. Jako trzecia zalet dopełnia uniwersalność - sukienka choć bawełniana jest na podszewce,  a brak rękawów pozwala ją nosić saute, lub nakładaną na cienkie bluzki, oraz klasycznie - z żakietem lub sweterkiem. Z powodu niezwykłej w grudniu pogody zakładałam ją już kilka razy i mam dziwną pewność, że wiosną również będzie na podorędziu.

Jako dopełnienie zestawu wystąpił komin zakupiony na allegro, oraz getry (ocieplacze) z Deichmanna, których użyłam jako rękawków. Niekonwencjonalny sposób wykorzystania podyktowany został tym, że zawsze marzną mi ręce i z myślą o tym je zakupiłam,  zaś efekt wizualny bardzo przyjemnie mnie zaskoczył, gdyż początkowo miałam zamiar nosić ocieplacze tylko jako dodatkową warstwę pod płaszczem.

 

 

Zdjęcia jeszcze "w starych włosach", znaczy z nieaktualną fryzurą, gdyż później byłam chora i szlachetnej osoby nie wystawiałam nawet na krakowskie, grudniowe 8 stopni ciepła.

17:58, jaagnieszka0
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 grudnia 2011
Wyobrażam sobie ziemię kiedy mnie nie będzie
I nic, żadnego ubytku, dalej dziwowisko,
Suknie kobiet, mokry jaśmin, pieśń w dolinie.

Czasem zupełnie zwyczajna sytuacja sprawia, że zaczyna dziać się coś niezwykłego. Ten fragment wiersza Czesława Miłosza zauważyłam ... na krakowskim tramwaju. Jak widać przesłanie skierowane do mas czasem trafia na podatny grunt,  cytat wywołał całą lawinę niepowstrzymanych skojarzeń.

Bardzo lubię i cenię  Miłosza, choć niewielu poetów darzę szczerą sympatią i znacznie bliżej mi w zamiłowaniach do prozy. Mimo to Miłosz ( pospołu z Leśmianem ) zajmują poczesne miejsce tak na na półce z książkami, jak w moich myślach.  Dwaj zupełnie odmienni poeci, dwa różne odbicia świata. W krzywych zwierciadłach ich emocjonalnych luster,  najłatwiej odnaleźć mi kształty swej własnej postaci.

/Wyobrażam sobie ziemię kiedy mnie nie będzie/

Pierwszy raz, sto razy, tysiąc razy w myślach wędruję po tym obcym, niezbadanym świecie, który od istniejącego odróżnia tylko jedna, budząca grozę właściwość - ja już nie istnieję. Ten nieistotny, obiektywnie niezauważalny wręcz szczegół budzi grozę tak wielką, że wyklucza jakiekolwiek głębsze poznanie. Przerażał małą, stającą na palcach przed dziurką od klucza dziewczynkę, przeraża ciekawską dorosłą kobietę.  Jak język szukający bolącego zęba, mogę tylko spojrzeć w przelocie /suknie kobiet, mokry jaśmin/ i uciec, zmazując obraz czym prędzej spłoszoną powieką. Zupełnie jak gdyby powstał w  źrenicach, a nie w najgłębszej głębi mojego umysłu. Mimo wszystko spoglądam raz jeszcze i nie widzę nic więcej, beze mnie czas nie płynie, zastyga w niekończącej się wiośnie, letnich stogach siana, zapachu rozgrzanej południowym słońcem łąki / śpiew w dolinie /, czerwienią zachodu gasnącą w piaszczystych koleinach polnej drogi. Czy kiedyś będę żałować, że to wszystko nie dla mnie? A może tego już nie ma, odeszło razem z małą, beztroską dziewczynką i jak fatamorgana rozpłynie się całkiem, kiedy ja zapomnę?

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z "Doliną Issy" Miłosza - byłam dzieckiem, oglądałam film. Przytłoczył mnie mroczną, ciężką atmosferą, nie umiałam jej nazwać. Magdalena tłukła upiorną dłonią w okna zawodząc " o, niebo i słońce będą, a mnie już nigdy nie będzie, te kości po mnie zostaną, o, nic już nie jest moje ". Śniła mi się później po nocach w kilkuletnich snach, nierozumnych, dziecinnych. I dekada minęła co najmniej, nim zrozumiałam, że w filmie nie chodziło o upiory i "diabły", tylko znacznie straszniejsze od nich, nieuniknione i nieprzebłagane - przemijanie. 

Często trzymając w ręku książkę - "Dolinę Issy" mam w bardzo ładnym wydaniu - gładząc okładki, przeglądając strony, mam wrażenie zaglądania przez tajemne drzwi do innego świata. Wystarczy przeczytać pierwsze słowo, zdanie, żeby znaleźć się po drugiej stronie istnienia, w świecie utkanym ze wspomnień. Niedotykalnym, niematerialnym, ale prawdziwym i żywym. Świecie pachnącym dzieciństwem, surowym zapachem chaszczy deptanych w zakamarkach ogrodu, wilgotnym  -  zaoranego pola, z pylistym posmakiem polnego traktu w ustach i ze stopami poranionymi bieganiną w czerwonych, przykusych sandałkach po ściernisku.  Pośród groźnego sosnowego lasu, z kapliczką na stuletnim wspólnym grobie choleryków ostrożnie mijaną z daleka. Pod wygwieżdżonym niebem, gdy miliony świerszczy zmieniają noc cichą w ciszę dzwoniącą w uszach. Wtedy trzeba naprawdę dużej siły woli, żeby się stamtąd wyrwać, wypłynąć na powierzchnię realnego świata i znowu zrozumieć, że tego już nie ma, choć naprawdę było i że nas też nie będzie, choć wciąż jeszcze jesteśmy.

 Fragment, który zacytowałam pochodzi z wiersza Czesława Miłosza "Ale książki".

22:41, jaagnieszka0
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Podobno trzepot skrzydeł motyla, np. w Ohio, może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową.  Musi być w tym ziarnko prawdy . Zatrzepotała Wróbelek skrzydełkami w dolnośląskim, a po tygodniu w Krakowie wiatr zamieszał mi na głowie :)

 

A na koniec napiszę tylko, że to jeszcze nie koniec :)

20:14, jaagnieszka0
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

 
 
 
 
 
Znałam Dziecko  z Jeziora. Porwały je nocą
elfy i w ciemność uniosły z kołyski.
Nuciły mu czule tuląc je przemocą
i szeptały dzikie pogańskie modlitwy.
 
Zatopiły Dziecko w czarnej, zimnej wodzie,
zaciągnęły lustro toni przed oczami
i chodziłam patrzeć w puste lustro co dzień
i karmiłam jutro wczorajszymi snami.
 
Żałowałam dziecka, wołałam nad wodą,
słowa echo w strzępy rwało i trwoniło.
Płakałam i nie wiem - nad nim, czy nad sobą,
a może to wtedy wszystko jedno było...

19:30, jaagnieszka0
Link Komentarze (12) »
piątek, 02 grudnia 2011

Z powodu  konfliktu, jaki nastąpił pomiędzy moim trybem życia, a nieustępliwymi siłami natury, w czasie który pozostaje mi wolny po wykonaniu obowiązków służbowych, niestety jest ciemno. Z tej przyczyny, poza okresową depresją,  powstał niedobór zdjęć aktualnych, bo te robione nocą do atrakcyjnych nie należą i nie zamierzam siebie, ani was nimi katować.

Nic jednak straconego. Ponieważ  jak pisałam onegdaj, latem zajmowałam się głównie remontem, pozostało mi z tego okresu sporo fotografii nie upublicznionych i to nie dlatego, że trafiły do Salonu Odrzuconych, a z braku czasu wyłącznie. Remont remontem, ale od czasu do czasu wychodziłam z domu po coś innego niż gwoździe i ogarnąć się było trzeba. Tak planowałam poniekąd, że gdy już ciemności z Mordoru zalegną, trafi się okazja, żeby podrzucić od czasu do czasu jakiś cieplejszy obrazek.

Swoją drogą, to się wydaje wprost niewiarygodne, gdy oderwać wzrok od monitora i spojrzeć za okno, że natura zdolna jest do takich (ba! jeszcze większych) ekstremów. Wraz z tą nieskomplikowaną refleksją przychodzi mi często na myśl zabawne opowiadanie Stanisława Lema, w którym dwóch filozofów pewnej obcej nam, a zamieszkującej rozpaloną bliskością macierzystej gwiazdy planetę rasy, dyskutuje nad niemożnością powstania jakiegokolwiek życia na Ziemi, w warunkach temperatur w błyskawicznym tempie ulegającym zmianom, od skrajnego chłodu, po ekstremalne upały. Więc z punktu widzenia teoretycznych rozważań tych obcych po prostu nie istniejemy :) Cóż, strzeżmy się teoretyków.

Żeby już dojść do myśli przewodniej, choć jak widać ulotnej, a zaanonsowanej w tytule, przedstawiam sukienkę jedwabną, nieomal własnej roboty. Nieomal - ponieważ w poprzednim życiu była spódnicą z malowanego jedwabiu, którą kupiłam ze zwykłej pazerności na rzeczy ładne, za groszową cenę. Spódnica odleżała swoje na półce, bo i za szeroka była, i za długa, i za bardzo żałowałam jedwabiu, żeby go tak po prostu i bez gry wstępnej chlasnąć nożyczkami. W końcu pojawiły się w sklepach sukienki letnie z koronkowymi wstawkami i wówczas Klamocia Siostra rzuciła myśl, co by spódnicę właśnie na takie cudo przerobić. Pomysł spodobał mi się bardzo, gdyż w praktyce nie wymagał pozbawienia sukienki niczego, poza paskiem, bowiem po rozpruciu zaszewek okazała się znakomicie leżeć w biuście. Gipiury zakupiłam w pasmanterii i dosłownie w ciągu jednego wieczoru wykombinowałam całość.

 

 

 

 

Ach, skoro już wspomniałam Mordor, pozwolę sobie na jeszcze drobną dygresję. Nie ma lepszej pogody niż jesienno-zimowa aby w skupieniu, ciszy i ciepełku zasiąść nad książką. Jedną z moich najukochańszych, a także taką do której stale bardzo chętnie wracam jest "Władca pierścieni" Tolkiena. Powieść tę, w pięknym i jedynie słusznym tłumaczeniu Marii Skibniewskiej dostałam od mamy na 12 urodziny i ten sam, zmarnowany już egzemplarz eksploatuję do dzisiaj. To najpiękniejsza baśń dla dorosłych i dzieci jaką kiedykolwiek przeczytałam i porwać musiała niejednego czytelnika, bowiem z pewnym rozbawieniem przeczytałam kiedyś (nie wiem, czy to prawda), że w PRLu opozycjoniści traktowali ją kultowo, utożsamiając Mordor z ZSRR, a Lecha Wałęsę z ... Frodo ;) Dość zabawna wydaje mi się ta idea i pewnie dlatego nie wpływa zupełnie na moją percepcję powieści. Co innego krzaty i inne takie, które stwierdziłam w jednym ze wznowień. I jak można było króla nazwać "Łazikiem" ?! Krzaty z mej pamięci  - won!!

 Trzy pierścienie dla królów Elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.
 
Tłumaczenie - Maria Skibniewska
 

Więc chodźmy, choć nie znamy drogi.

23:51, jaagnieszka0
Link Komentarze (15) »
niedziela, 27 listopada 2011

Kraków zaległa mgła. Rozpościera się w całym mieście, pełznie ulicami tuż przy trotuarach, zaczepiając białe pasma niczym strzępki surrealistycznej grzybni o chropowatości murów. Nad łąkami unosi się jak wata cukrowa owinięta wokół uschniętych badyli. Wślizguje się wilgotnym jęzorem za kołnierze, liże obojczyki i pęciny przechodniów, podążających skrótem przez te dzikie plamy na mapie miasta. Strupieszczałe wiechcie uschniętej mimozy pęcznieją od mglistej wilgoci i  zmartwychwstają  łyskając załzawionymi kropelkami rosy. Topole i wierzby wypreparowane z liści, niczym zdrewniałe układy krwionośne wbijają się konarami w białą mięsistość. To swoisty  danse macabre w wykonaniu roślin.  Świat wyostrza się tuż przed oczami w czarno-brązowych konturach kostniejącej jesieni i rozlewa w mlecznych perspektywach kilka kroków dalej.

Równie wszechobecny, choć niewidzialny jest smog. Ludzie pływają w tej zawiesinie jak śnięte ryby, uciekając przed mrokiem nachodzącym miasto jeszcze przed szesnastą po południu. Za niespełna miesiąc noc wybuchnie feerią barw i świątecznych neonów. Światła samochodów znów będą wglądać jak choinkowe girlandy, a  żółte plamy latarni zdawać się będą poświatą betlejemskiej gwiazdy. Póki co jesień tak pięknie obumiera po cichu, trawiona wilgocią rozpada się w proch pod stopami nadchodzącej zimy.

Postanowiłam pokolorować trochę ten melancholijny krajobraz. Na przekór temu, że do rozpaczy doprowadza mnie zmrok zapadający wczesnym popołudniem. Na przekór wilgoci i mgle i zimnym jęzorom na karku. Korzystając z niewidzianego od tygodnia słońca wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę po mieście, odwiedzając przy tym Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie, do którego wstęp wszystkim młodocianym (i nie tylko) miłośnikom techniki, motoryzacji i komunikacji gorąco polecam.


 

szwedy - only (outlet internetowy), torba z komisu, buty altero, bluzka sh + przeróbki, restauracja i resuscytacja ;)  reszta - też  sh

20:48, jaagnieszka0
Link Komentarze (19) »
środa, 23 listopada 2011

              Był kiedyś taki slogan reklamowy: "wyzwanie to ubranie". Szczerze mówiąc nie pojmuję tak do końca co miał na myśli copywriter pisząc to hasło, reklama również nieszczególnie zapadła mi w pamięć, ale slogan i  semantyczny ładunek jaki za sobą niesie  jest genialny. Ilekroć przestępuję progi sklepu, lumpeksu, albo otwieram szafę mam wrażenie, że materializuje mi się gdzieś w podświadomości, ogniem piekielnym przypiekając dojrzewające z wolna, nieukształtowane jeszcze  pomysły. Przywiązałam się do tego hasła, ponieważ doskonale ilustruje stosunek jakiego nabrałam do odzieży - kiedyś uważałam, że założenie konkretnych fatałaszków nadaje człowiekowi taki, czy inny styl, umożliwia ale równocześnie determinuje metamorfozę.  To na pewno tak działa, jednak zdecydowanie bardziej bawi mnie odwrotna strona  mechanizmu, kiedy ja sama decyduję, nadaję odzieży charakter i funkcję. Daje to znacznie więcej satysfakcji, ale jest i trudniejsze, zatem dużo łatwiej się potknąć, co też co chwilę mi się zdarza. Źródłem tej mentalnej infekcji były najprawdopodobniej programy Goka, który ubrań co prawda nie tworzy, ale używa, wykorzystuje i przetwarza w najczystszym tego słowa znaczeniu. Oglądałam je ładnych parę lat temu i myślę, że gdyby nie one,  nigdy nie zdecydowałabym się założyć kilku spódnic jednocześnie, połączyć niektórych wzorów, przerobić spodni czy swetrów na spódnicę, albo uszyć, dosłownie z niczego, karnawałowej sukienki. Może to tylko moja interpretacja jego idei, w każdym razie odnoszę wrażenie, że Gokowi często przyświecało hasło "wszystko wolno, co nie można" i to bynajmniej nie z cicha i ostrożna.

         Z całych tych wywodów wnioski płyną proste i oczywiste - jeżeli otwieram szafę i wydaje mi się,  że   n i e    m a m  co na siebie włożyć - jestem w błędzie. W rzeczywistości    n i e    w i e m  co  na siebie włożyć  i   j a k .   Ale to z pewnością wymyślę ;)

A niektóre ubrania, najwyraźniej pałając ku sobie sympatią, wyręczają mnie i łączą się same. Na przykład tak:

 

Kamizelka, bluzka i spódnica -sh, pasek c&a, kozaki - altero, torba - komis

PS. A skąd się biorą pomysły? Nie wiem ;)

21:19, jaagnieszka0
Link Komentarze (16) »
sobota, 19 listopada 2011

Zachęcona zabawnym filmikiem reklamowym wybrałam się dwa dni po godzinie "zero" obejrzeć efekty współpracy Versace i H&M. Nie śpieszyłam się zbytnio, bo i nie miałam zamiaru niczego kupować, tylko ponapawać  się tymi cudami, rozdziawiając niemądrze japę  niczym gawiedź prosta na widok aktorskiej trupy z nagim performansem. Nie wiem, czego się spodziewałam, może samej Donatelli pośrodku sklepu nakręcającej korbą ogromne dynamo zasilające dyskotekowe kule? Jeżeli zaś wyobrażałam sobie, że ludzkość zaczeka z rozszabrowaniem kolekcji, aż ją sobie spokojnie pooglądam, to grubo się pomyliłam. Znaczy się frajerka ze mnie.

Było nie było, czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. Przy okazji bytności w handlowym centrum poczyniłam ciekawą obserwację. O ile przeważnie wiem, w  których sklepach jak bardzo wyszczuplające lustra zamontowano ( niekiedy zniekształcają obraz tak mocno, że aż wydaje mi się to bezwstydne), o tyle zadziwił mnie widok tychże w ... toalecie. Otwieram ci ja z rozmachem drzwi ściśle damskiego światka i staję znienacka niczym na Brodway'u! Z lewa i prawa ciągną się rzędy błyszcząco lakierowanych kabin, szpalerem jak wieżowce na Manhattanie. Dyskretne światło sączy się miękko obrysowując kontury papieru toaletowego, uwodzicielska muzyka pieści uszy, a na wprost mnie skrzy się i migocze ogroooomne lustro. Brakowało tylko, żeby z którejś z kabinek wyskoczy Elton John i zaśpiewa mi "Blue Eyes".  ( Z jakiegoś powodu nie spodziewałam się w  tej roli kobiety).

Z tego wszystkiego pierwszej chwili nie poznałam elfa zmierzającego w moją stronę tanecznym krokiem, choć zdawało mi się, że znam skądś bordowy płaszcz. Dopiero po chwili pojęłam, że patrzę na Klamoty, tylko z piętnaście centymetrów wyższe i z dziesięć kilo chudsze, niż zapamiętałam z lustra w przedpokoju. Ogarnęła mnie fala radości i dumy z własnej urody, oraz zachwytu nad tym, jak bez wysiłku udało mi się wypracować fantastyczną sylwetkę i to zaledwie w czasie krótkiej przechadzki po sklepach! Zalana morzem endorfin nieomal rzuciłam się ku drzwiom, aby natychmiast nakupić godnej odzieży dla tej cudownej istoty, jaką się stałam. Nieomal. Bo aż taką frajerką to ja nie jestem.

 

 

Obiecałam zdjęcia płaszcza bez futrzaka - kobyłka u płota. Najbardziej lubię właśnie ten kołnierz! Pozostałe elementy zestawu to uszyta własnoręcznie spódnica z zamszu, lumpeksowy sweterek i szalik, hendmejdowa bransoletka, wisiorek z zapomnianego źródła, deichannowe kozaki i nieśmiertelna torba z komisu. Jestem torbaczem konserwatystą, z naciskiem na niechęć do przerzucania szpargałów pomiędzy torebkami. Gdy już się do którejś przypnę, to jak rzep do psiego ogona.


00:26, jaagnieszka0
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 14 listopada 2011

 

Kombinuj, kombinuj, bo jesień to pora roku najbardziej sprzyjająca wszelkiego rodzaju kombinacjom. Niby jeszcze nie jest już tak zimno, ale do ciepłych dni tych także zaliczyć nie można. Ranki wstają mgliste, albo i oszronione, a króciutkie południa rozpędzają się nawet do kilkunastu stopni ciepła w pełnym blasku słońca, bywa że i o tej porze - w listopadzie. Ubrać się ani tak, ani siak jednolicie nie można, bo grozi to odpowiednio przemarznięciem albo przegrzaniem. Co prawda czasami podejrzewam, że mnie się po prostu nie da przegrzać, no ale należy być przygotowanym na każdą ewentualność. Dlatego właśnie jesień jest porą idealną dla ubrań warstwowych, a jednocześnie świetnym pretekstem do czynienia na tym polu rozmaitych eksperymentów. Gwoli ścisłości przyznać muszę, że moje uznanie dla tych atrybutów jesieni w skali żywota własnego jest ledwie co narodzonym oseskiem. Onegdaj bowiem "warstwowo" oznaczało dla mnie ni mniej ni więcej jak napchanie pod sweter podkoszulków i bluzek, dzięki czemu wyglądałam co nieco jak bałwanek Bouli i podobnie się czułam. Mogę sobie spokojnie pozwolić na tego koming-ałta, gdyż jak ognia unikałam w tym czasie obiektywu aparatu fotograficznego i choćbym chciała - żadnym bałwaniastym zdjęciem się tutaj nie skompromituję.  Uniki te stanowiły jednak podstawowy i kardynalny błąd, gdyż dopiero ogląd własnej osoby widzianej obcym okiem obiektywu pozwolił mi dojrzeć, że odzież obcisła niekoniecznie wyszczupla, zaś obszerna wcale nie musi pogrubiać.

Zatem rośnie w siłę i fantazję moja miłość do powiewnych, warstwowych ubiorów, a każdy zrealizowany pomysł, jak odcięta smocza głowa rodzi trzy następne. Tym razem wyszłam od krótkiej brązowej sukienki (ma piękną górę, którą przy innej okazji postaram się zaprezentować) nałożonej na beżowo-brązową bawełnianą bluzkę. Ponieważ jednak zdawało mi się kuso i cieniutko jak na poranne chłody, pod spód wrzuciłam ognistą spódnicę z wiskozy. Dzianinowa kamizelka z rudo-brązowego melanżu dopełniła kolorystycznej układanki i spoiła całość. Chustę wykonałam sama, czym chwaliłam się już w ubiegłym roku, zaś w mitenkach nie mogę się po prostu odkochać ;) Tylko kozaki z altero mnie martwią, bo mają już dwa lata i szczerze mówiąc, jako buty wykonane ze szmatki, będę je musiała niedługo wyrzucić, a szkoda, bo bardzo je lubię. Idealnie pasują do wielu moich strojów inspirowanych latami '70.

 

 

21:29, jaagnieszka0
Link Komentarze (11) »
wtorek, 08 listopada 2011

Wyobraźcie sobie taką oto historię:

Mamy początek XX wieku. Młody i obiecujący lekarz psychiatra, zafascynowany nowatorskimi i kontrowersyjnymi poglądami będącego właśnie u szczytu sławy Zygmunta Freuda napotyka na swej zawodowej drodze przypadek idealny dla wypróbowania metody mentora. Do szpitala w którym pracuje Carl Jung trafia bowiem młoda, atrakcyjna kobieta - Sabina Spielrein. Cierpi na dość krępującą przypadłość - nerwicę na tle seksualnym, ubarwioną dodatkowo, jak się później okaże sporą dawką masochizmu. Lekarz rozpoczyna pionierską terapię, zagłębiając się stopniowo w intymny świat pacjentki zaburzony nadmiarem emocji, pragnień, a równocześnie zahamowań i dewiacji. Wraz ze wzajemnym zaufaniem pogłębia się także łącząca ich więź, nie tylko emocjonalna. W końcu uczucie gwałtownie wybucha, a zamiast szpitalnych sesji rozpoczynają się się wieczorne schadzki realizujące nietypowe seksualne upodobania Sabiny.

Można powiedzieć, że doktor Jung zostaje właściwie uwiedziony przez swoją pacjentkę, co go jednak nie usprawiedliwia, gdyż jako lekarz powinien zachować kontrolę co najmniej nad własnym zachowaniem. Doskonale zresztą zdaje sobie z tego sprawę, dręczony wyrzutami sumienia także z powodu ślepo mu oddanej, kochającej żony. Przeżywając  głębokie rozterki, wstydząc się przyznać do romansu szczególnie przed Freudem, któremu równocześnie zarzuca przypisywanie nadmiernej roli libido w funkcjonowaniu jednostki, nie potrafi jednak zerwać łączącej go z Sabiną więzi. Lekarz szarpie się pomiędzy własnymi ideami i ideałami, a rzeczywistością i pożądaniem, które zdają się znajdować silniejsze odbicie w kwestionowanych poglądach jego mistrza. Zduszony siłą rozsądku romans wybucha z nową siłą. Ostatecznie to nie Jung  kończy, on nie potrafi pogodzić się z koniecznością rozstania i cierpi tak bardzo, że nawet jego oddana do granic możliwości żona czyni niejakie gesty, by ponownie pchnąć go w ramiona kochanki. Spierlein jednak odchodzi, rozpoczynając nowe życie i karierę lekarską, wybierając trzecią, nową drogę pomiędzy ścierającymi się ideami i charakterami Freuda i Junga.

Świetna historia, prawda? Cóż, moim zdaniem tak właśnie mogłaby wyglądać. Oczekiwałam relacji z narodzin psychoanalizy, jej prób i błędów, a także  ukazania progresu w zgłębianiu natury zaburzeń psychicznych.  Polegając na recenzjach udałam się w sobotę do kina, aby obejrzeć biograficzny dramat - dramatyczny thriller. Emocje miały się kłębić niczym walczące buldogi pod dywanem, bezwstydnie odkrywając co i rusz tajemnice skrywanych w duszy ludzkiej mrocznych sekretów i popędów. Obiecywano mi starcie gigantów, twórców psychoanalizy, obnażających tajemnice ludzkiego umysłu. Kuszono nawet "grozą podszytą perwersją". 

"Niebezpieczna metoda" okazała się tymczasem filmem mdłym i przegadanym. Nie spodziewajcie się zobaczyć na ekranie niczego więcej niż w opisach filmu - nic więcej tam się nie dzieje. Emocje jak dla mnie są największym nieobecnym, z ekranu wprost zionie chłodem, nawet gdy powinno dochodzić do wrzenia. Sytuacji nie ratuje, a raczej pogarsza przerysowana, niekiedy wręcz groteskowa gra Keiry Knigtley wijącej się jako Sabina w dziwacznych pozach i wykręcającej szczękę. Akcja rwie się, kiedy Jung i Freud po kilku wcześniejszych zapowiedziach płyną do Ameryki na konferencję, co ma stanowić ważne wydarzenie w ich życiu, a staje się  równocześnie zakończeniem tego wątku i w dalszych scenach konferencja przepada bez śladu. Kiedy wreszcie coś zaczyna się dziać i pomiędzy nimi rzeczywiście przepływają iskry, otrzymujemy znienacka czarną planszę i napisy, sucho informujące o dalszych losach bohaterów filmu. Niestety, nie utworzyły one klamry spinającej w jakikolwiek sposób przedstawionych wydarzeń, pozostawiając tym samym wrażenie, że dobrano je chaotycznie, bez głębszego związku, a co więcej - nie ukazując jakiejkolwiek myśli przewodniej, która stanowiłaby trzon filmu.

Jeżeli można mówić o plusach "Niebezpiecznej metody", to należy do nich z pewnością gra Viggo Mortensena, znakomitego Freuda, który niestety, wbrew zapowiedziom jest postacią drugoplanową. Ponadto jego relacje z Jungiem zostają "zagadane", a także stłumione przez nazbyt częstą i trochę nienaturalną w kinie - wymianę listów. Podobał mi się także wątek poboczny przedstawiający relacje Junga z żoną, w sumie ciekawszy niż cała historia sado-maso. Czym bowiem okazało się tytułowe niebezpieczeństwo nowatorskiej metody ? Ryzykiem erotycznego związku lekarza z pacjentką? Do tego nie potrzeba aż psychoanalizy ....


 

W przeciwieństwie do kina, z którym od dłuższego czasu jestem na bakier, miałam szczęście w zakupach. Jakiś czas temu udało mi się kupić skórzany płaszcz w pięknym kolorze nasyconego bordo. Jest bardzo starannie wykonany, z dobrej jakości skóry na co od razu zwróciłam uwagę. Zgodnie z metką pochodzi z roku 1982, klapami które też z pewnością pokażę, zdradzając nadal niejakie pokrewieństwo do lat '70 - choć nie nachalnie - co z pewnością będzie sprzyjało długotrwałemu użytkowaniu. Płaszcz oczywiści "vintage", czyli po naszemu z lumpeksu. To samo źródło wydało spódnicę z melanżowej dzianiny. Kiedy byłam mała moja mama miała taką samą, tylko w brązach - podobała mi się od zawsze. Szczura założyłam dla glamoura, a skórzane kozaki nabyłam okazyjnie w Deichmannie, jako wyprzedaż z linii 5th Avenue - znowuż z powodu koloru. Okazały się bardzo wygodne.  Torbą z komisu zanudzę Was kiedyś na śmierć ;)

 


 

21:38, jaagnieszka0
Link Komentarze (16) »
środa, 02 listopada 2011

Pojawia się nie wiadomo kiedy, a bywa, że i nie wiadomo skąd. Przypomina deja vu, z którym dzieli tę cechę, że czasem się powtarza. Może je wywołać ładny widoczek, uśmiech syna, udane zakupy, mężowski głos w telefonie i podarowana książka, albo storczyk, który po półtora roku raczył wreszcie zakwitnąć. Towarzyszy ekscytującym planom na przyszłość i rozczulającym wspomnieniom z przeszłości. Wreszcie, bywa i tak, że pojawia się całkiem nieracjonalnie, wywraca dzień do góry nogami, pożera porcję lodów z wiśniówką i ... znika! Miesza rzeczy Ważne i błahe i jest całkowicie nieobliczalne. Ale w końcu coś nam się od życia należy. Jeżeli możemy mieć PMS, to czemu nie miałoby istnieć MBS - Małe Babskie Szczęście ?

 

 

spodnie - terranowa outlet, pelerynka i koszulka z marszczeniami - new yorker %, bluzka  sh, torba z komisu, buty deichmann catwalk, mitenki - allegro

 

14:54, jaagnieszka0
Link Komentarze (15) »
środa, 26 października 2011
"Zanim nadeszła chwila wsiadania do wagonów upłynęło kilka dni,  a przy tym stale gadało się o konserwach, chociaż doświadczony Vaniek zapewniał, że to tylko fantazja.

- Jakie tam znowu konserwy? Msza polowa, to i owszem, bo i przy poprzedniej kampanii marszowej było to samo. Jeśli są konserwy, to mszy polowej nie ma.  W przeciwnym wypadku msza polowa zastępuje konserwy.

    Zamiast więc konserw gulaszowych ukazał się obelfeldkurat Ibl, który za jednym zamachem zabił trzy muchy. Odprawił mszę polową od razu dla trzech marszbatalionów: dwa z nich błogosławił na drogę do Serbii, a jeden do Rosji.
  Wygłosił przy tej sposobności natchnioną mowę, przy czym widać było, że materiał czerpał z kalendarzy wojskowych. Mowa ta była tak wzruszająca,  że gdy już byli w drodze do Monson, Szwejk który znajdowała się w wagonie razem z Vańkiem w zaimprowizowanej kancelarii, przypomniał sobie to przemówienie i rzekł do sierżanta rachuby:

- Morowo będzie, jak mówił ten feldkurat, gdy dzień nachyli się ku wieczorowi i słońce ze swymi złocistymi promieniami zejdzie z góry, a na pobojowisku słychać będzie, jak wywodził, ostatnie westchnienie umierających, stękanie rannych koni, jęki rannych szeregowców i narzekania mieszkańców, którym podpalono strzechy nad głowami. Okropnie lubię, gdy ludzie bałwanieją do kwadratu."

O tym, że msza odbędzie się z pewnością, jeśli zabraknie konserw, jak prawidłowo opiekować się nadużywającym feldkuratem,  że dom wariatów przypomina parlament, a na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło  nadal, a także wielu innych ogromnie zajmujących i przwdziwych rzeczy, zupełnie nieuszkodzonych w swej wymowie upływem czasu, można się dowiedzieć z "Przygód dobrego wojaka Szwejka" Jaroslawa Haska. Koniecznie w tłumaczeniu Pawła Hulki-Laskowskiego.

Właśnie z przyjemnością zanurzam się w tomie czwartym, co odrywa mnie od spraw wirtualnych. Jesień wybitnie sprzyja czytelnictwu, przynajmniej w moim przypadku. Mogę szczerze powiedzieć, że jestem uzależniona od książek, a jeżeli zdarzy mi się jakiś okres tymczasowego nieczytania, rzucam się na foliały ze zdwojoną energią, przyprawioną dodatkową przyjemnością czytelniczej abstynencji. Dotyk, zapach książki, szelest papieru i jej ciężar w ręku stanowią przy tym składniki tak nieodzowne, że nie wyobrażam sobie, abym się miała kiedykolwiek przerzucić na elektroniczne zamienniki. W ostateczności mogłabym uznać taki erzac lektury na urlopie, gdy jego mały gabaryt i ciężar pozwolą bezkarnie wtrynić z literatury co dusza zapragnie do walizki.  Poz tym, jednak książki mają nieodparty urok, kiedy zapełniają półki biblioteczki, niektóre w karnym szeregu, inne zaś poupychane w rozmaitych kierunkach, aby się tylko zmieścić. Uwielbiam się im przyglądać, dotykać grzbietów, wyciągać ulubione egzemplarze  i podczytywać co milsze sercu fragmenty. Czasem zaś wciągają tak bardzo, że zapominam sobie poblogować ;)

A poza tym - jakoś tam sobie wyglądam :

Sukienka monnari, kozaki deichmann, pasek orsay,płaszcz, torebka i apaszka - z lumpeksu

 

19:44, jaagnieszka0
Link Komentarze (7) »
piątek, 07 października 2011

Trochę mnie nie było... W ciągu ostatnich dwóch tygodni, zachęcona całkiem niezłymi historiami o komisarzu Eberhardzie Mocku sięgnęłam po nowsze pozycje Marka Krajewskiego - "Głowę Minotaura", "Erynie", "Liczby Charona". Przyznaję, że oczekiwałam literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, jakiej szukam w celu odprężenia. Rozczarowałam się bardzo. Książkom wyraźnie brakuje lekkości pióra z serii o Mocku. Intrygi są, delikatnie mówiąc, mało wiarygodne. Z braku pomysłu autor każe komisarzowi Popielskiemu zachowywać się w sposób absurdalny i niezgodny z logiką, a następnie łącząc oderwane zdarzenia w sposób nieomal magiczny, dąży do  efekciarskiej pointy. Mizoginizm emanujący ze wszystkich trzech powieści, w połączeniu z opisami perwersji, oraz bestialskich zbrodni powoduje, że książki mają w sobie coś obscenicznego.  Dla zabicia smaku pochłonęłam "Rodzinę Borgiów" Mario Puzo. Niby to samo,  a jednak inaczej. Cóż,jak wiadomo "prawie"robi różnicę.

Pamiętacie serial Twin Peaks? Ja do dziś nie wiem, czy z racji mocno młodzieńczego wieku zaprzepaściłam gdzieś rozwiązanie zagadki, czy też w rzeczywiście nigdy nie zostało ono ujawnione? Wielka nieobecna serialu Laura Palmer zadała się z niejakim Bobem, co ją sprowadziło na ścieżkę zatracenia, zaś do miasteczka Twin Peaks sprowadziło agenta FBI Dale Coopera. Grał go Kyle MacLachlan, w owym czasie stanowiący dla mnie ósmy cud świata i wcielenie piękna ;) Co ma piernik do wiatraka? A no nic, tyle że ładnie wygląda(ł) ;) A do tytułu ognistą ... spódnicę ;)

buty - deichmann, torba - komis, żakiet - allegro, spódnica, pasek i bluzka - lumpeks

23:34, jaagnieszka0
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 19 września 2011

"Ostatnia nocka i nie mogę spać..."

Cóż, nocka bynajmniej nie ostatnia, temat też raczej snu mi z powiek nie spędza, a jednak już od dłuższego czasu odczuwam dyskomfort na myśl o zbliżających się wyborach parlamentarnych. Nie myli się ten kto powie, że polityka Klamotów nie interesuje. Cóż jednak począć, gdy cyklicznie raczy ona spełzać z piedestału i personalnie interesować się Klamotami.

Dyskomfort mój przesącza się zapewne z zapiekłej i zadawnionej nieufności w stosunku do wszelkiej maści  polityków. Wykiełkowała ona, o ile pomnę, gdy młodociane i nieuprawnione jeszcze do głosowania Klamoty usłyszały za pośrednictwem mediów, że podobnie jak reszta obywateli stanowią "przypadkowe społeczeństwo".  I choć nie wiedziały nic jeszcze o suwerenie, ani biernym ani czynnym prawie wyborczym, ani nawet o legitymacji do sprawowania rządów, to intuicyjnie wyczuwały absurdalność takiego określenia. Cóż, parę(naście) lat minęło, nazwisko pomnę a nie wspomnę, bo nie chodzi ani o jątrzenie, ani o partie, ani o wymawianie błędów nawet.

O co zatem chodzi? O codzienność. O życie, które prowadzimy w naszym kraju (celowo nie wywlekam słów Ogromnych), o obietnice i o fakty. Mam taką paskudną cechę, można powiedzieć przywarę, że wiele pamiętam. W tej pamięci mieszczą się cztery kadencje do sejmu i ze trzy prezydenckie, o samorządowych nie wspominając. Razem z nimi mieści się tyleż samo kampanii wyborczych, składanych obietnic, wyśpiewanych piosenek i rozdanej kiełbasy. Podobno demokracja nasza, wraz z nie takim już nowym ustrojem krzepnie i urasta w siłę. Jeżeli tak jest naprawdę, to dlaczego po każdych wyborach mam odczucie, jak po zakupach w sklepie, gdy na wyjściu żegna nas kartka "po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się" ? Takie praktyki w handlu są już na szczęście nielegalne, ale nikt nie zabronił dotychczas odgrzewać starych wyborczych obietnic, bezwstydnie oferując załatwienie spraw, które czekały na rozwiązanie już cztery, i cztery i jeszcze cztery lata temu, który to czas poświęcano kłótniom i bezsensownemu biciu piany. A przecież najprostsza hałsłajf wam powie bez chwili namysłu, że jak się za często odgrzewa te same kotlety, to się goście w końcu porzygać mogą. Albo i co gorszego.

Mam wrażenie, że politycy i wyborcy w naszym kraju nie ufają sobie wzajemnie. Usiłują trzymać się za gardła, a to nie mówiąc prawdy, a to głosując nie "za", a raczej "przeciwko" komuś. Takie wybieranie "mniejszego zła" prędzej, cz później odbija się czkawką, bo rządząca w efekcie partia nie osiąga w sondażach poparcia, jakiego oczekiwała, a dalej, jak u Hitchcocka, jest już tylko gorzej. Rozpoczynają się wojny podjazdowe, także w mediach,  a  wyborcy jak byli, tak nadal są niezadowoleni.

Nie chcę powielać takiego scenariusza. Już cztery lata temu wahałam się, czy nie oddać po prostu nieważnego głosu, w ten sposób protestując przeciwko temu, co dzieje się w polityce. Zrezygnowałam wtedy, bo zwyczajnie było mi żal. Bo wiem że, paradoksalnie, mój głos jednak wiele znaczy. Że, skoro żyjemy tu wspólnie jak się umówiliśmy, nie należy tak do końca tylko do mnie i mam zarówno prawo, jak i obowiązek go oddać. Oraz, że jest więcej osób takich jak ja, więc może w końcu  wspólnie podejmiemy trafną decyzję.

Wypisuję to wszystko, bo czytając parę tygodni temu trafiłam na felieton kabaretu Klika Panów Sobczaka i Szpaka a w nim hasło " Głosuj bez obciachu, spuść jedynkę do piachu". Idea, jaką przedstawili polega na tym, aby po zapoznaniu się z kandydatami swej ulubionej partii wybrać spośród nich i zakreślić osobę nową,  znajdującą się na dalszych pozycjach listy. Propozycja jest bardzo ciekawa i warta rozważenia, oraz w efekcie na pewno więcej warta niż protest, wyrażany oddaniem nieważnego głosu, lub głosowanie "przeciwko". Po prostu oddajmy go młodym ludziom!

Mnie tam nie ma, ale obiło mi się o uszy, że akcję wraz z opisem znajdziecie na fejsie. Polecam!

 

 

Żeby nie było zupełnie bez ciuchów ( co jednak nie oznacza na golasa) wpis wzbogacam przeterminowanym uniwersalnym zestawem letnim z połowy czerwca.  Uniwersalnym, bo w sukience można iść na spacer, do pracy i urzędu. Od biedy nadałaby się na ślub cywilny, ale nie polecam, bo błyszczy i na zdjęciach strasznie pogrubia. Zatem (prawie) do tańca i do różańca - sukienka w kropeczki Top Secret sprzed lat czterech (cóż za zbieg okoliczności), w towarzystwie torebki od męża i odziedziczonych po siostrze butów.

 

 


21:22, jaagnieszka0
Link Komentarze (15) »
wtorek, 13 września 2011
Skąd Klamoty wróciły? Z nocnej wróciły wycieczki.
Bo gdy tylko znalazły towarzystwo dla dziecka,
to pod wieczór prysnęły z asysturą Małżonka
wprost w śródmiejską noc ciemną, ale nie by się błąkać
lecz by przysiąść wśród widzów zgromadzonych w teatrze
zmysły sycąc spektaklem. Wrażeń szybko nie zatrze
upływ czasu, choć pamięć z nim przegrywa na siłę,
jednak silniej w niej zapadł splot komedii omyłek
i ślad została na ciele – poniekąd – niemały:
brzuch Klamoty rozbolał, tak serdecznie się śmiały!
A ciekawość ukoić śpieszę Wam najuprzejmiej:
spektakl był w Bagateli, zaś w tytule miał MAYDAY
 
 
 

Klamoty nie skorzystały ze spektakularnej okazji i nie zrobiły z siebie przedstawienia. Strój ich prezentował się skromnie, a na skromność tę składały się : marynarka Reserved, letnia sukienka w ukośne pasy z sh, skórzana lakierowana torebka z tego samego źródła, oraz niebotyczne szpile, które w ramach konstruktywnej krytyki podrzuciła Klamotom siora. Jak słusznie bowiem siora zauważyła w teatrze głównie się siedzi, a są to buty znakomite do siedzenia. Nadmienić należy, że siora w butach przetańczyła wesele, przy czym zapewne nie bez znaczenia pozostaje, że jest od Klamotów młodsza ;) Przepraszam za brak zdjęcia na stojaka, ale jakoś w domu głupio wychodziły.

Makijaż starałam się zgapić od Pani La Mome, o stąd, ale nie wiem na ile się ostatecznie udało. Nawet jednak jeżeli nie jest to kopia idealna, to byłam zadowolona ;)

 
 

Zaspokajając ciekawość uważnych i wytrwałych czytelników informuję, że kluczyk do zegara udało się zdobyć już za drugim podejściem. Oczywiście na targowisku pod Halą.  W nagrodę dla cierpliwych prezentuję zdjęcie zegara w towarzystwie sympatycznych sukulentów. Ten po prawej to wilczomlecz żebrowaty, a ten drugi - nie wiem :) Na pewno nie jest on w każdym razie kaktusem, ponieważ gdy potraktowałam go w odpowiedni dla kaktusów sposób, czyli zapomniałam podlać to, biedaczyna , przywiądł.

Ach, i nie macie pojęcia, jak ten zegar strasznie głośno tyka! Ja już sobie zapomniałam, gdyż dawno takiego nie było w domu. Kiedyś i owszem, nawet kilka, ale z upływem czasu gdzieś się zapodziały. Jest w tym coś przyjemnego, gdyż głośne tykanie przypomina mi ciche letnie popołudnia wakacji leniwie spędzanych u babci. Ale tamte czasy minęły, zaś tykanie budzi mnie w nocy, bom obecnie nieprzyzwyczajona. Dość, jeśli powiem, że rozważamy ... zaprzestanie nakręcania ;)

Jak już jestem przy targowych wykopkach, pochwalę się przy okazji innymi nabytkami, albowiem Dzień Kluczyka był dniem szczęśliwym i wiele ładnych rzeczy udało się nam znaleźć. Między innymi komplet - dzbanek i mlecznik w pięknym, karminowym kolorze, a także lśniący (po wymyciu) ceramiczny dzban w kształcie amfory z fabryki w Bolesławcu.

 

A na koniec coś, a może raczej KTOŚ, kto zadomowił się u nas już od trzech tygodni. Szyneczka ma 1.5 roku i musiała rozstać się z dotychczasowymi właścicielami, którzy szukali dla niej nowego domu. Miałam zamieścić jej zdjęcia w internecie i zapytać znajomych, ale zobaczyłam stwora ... i w ten właśnie sposób Szyneczka trafiła do nas na stałe :)

 

 

O! Byłabym zapomniała, niewdzięczna, że Tara i Pani La Mome wytypowały mnie do kosmetycznego konkursu. Na kosmetykach znam się tak sobie, więc nie bierzcie moich odpowiedzi za bardzo poważnie.


1.Używasz kolorowych cieni do powiek, czy naturalnych?

Wszystkie kolory wydają mi się naturalne, albowiem występują w naturze. Jeżeli chodzi o te, w których ja wyglądam naturalnie, to są to kolory ziemi i czarny. Czyli gruftie poniekąd .

2.Co wolisz bardziej: pomadkę, czy błyszczyk?

Pomadki są pyszne, szczególnie z alkoholem. Jednak są też tuczące, więc raczej wybieram błyszczyk.

3. Czy uważasz, że tylko drogie produkty są dobre?

Nie tylko, ale przeważnie. Panicznie boję się ołowiu w tanich kosmetykach kolorowych np z Chin (dawniej bywał tam na pewno, wolę nie ryzykować).

4. Czy używasz róż do policzków i co sądzisz o tym kosmetyku?

Nauczyłam się od Pani La Mome, używam namiętnie, nikt jak do tej pory nie odważył się powiedzieć mi, że przesadzam :)

 5. Jaki jeden produkt kosmetyczny zabrałabyś na bezludną wyspę?

Taki z długą, wciągającą ulotką od producenta.

6.Miałaś kiedykolwiek problemy z cerą?

Kto jest bez winy ...

7. Używasz filtrów?

Tylko do kawy.

8. Na jaki produkt kosmetyczny, Twoim zdaniem, trzeba wydać najwięcej pieniędzy? 

Głęboko nawilżający krem do twarzy, jestem o tym głęboko przekonana.

9. Co sądzisz o maseczkach do twarzy i czy ich używasz? 

Sądzę, że nic nie dają. Trinny i Susannah przyznały mi rację.

10. Makijaż której gwiazdy, podoba Ci się najbardziej?

Żadnej konkretnie. Nie lubię krzykliwych i wulgarnych.

 

 

20:24, jaagnieszka0
Link Komentarze (22) »
środa, 07 września 2011

Uwaga dziewczyny, czytacie na własną odpowiedzialność! Oto mrożąca krew w żyłach, a zarazem wyciskająca łzy z oczu historia pewnej kobiety i jej zakupów. Osoby o słabych nerwach prosimy o zażycie środków uspokajających, w celu zapobieżenia atakom histerii i globusa. Ta historia poruszy was do żywego!

Oddajmy jednak głos Agnieszce :

W niedzielę udałam się na poszukiwanie, może nie skarbów, ale prawie. Na targowisku pod krakowską Halą Targową chciałam nabyć ni mniej, ni więcej jak kluczyk. Mały metalowy kluczyk do nakręcania sprężynowego zegara. Właściwie, to od początku wiedziałam,  że na kluczyku może się nie skończyć. Ten cotygodniowy bazar jest jednym  z moich najulubieńszych miejsc w mieście, a jednocześnie czymś na kształt ogromnego pudełka z niespodzianką. Jadąc tam, nigdy nie mam gwarancji, czy uda mi się zrealizować zamierzone zakupy Z drugiej strony - właściwie nie  zdarzyło mi się wrócić z pustymi rękoma. Czy to płyta, książka, ceramiczna figurka, czy dębowa rama do lustra, albo lampka - zawsze w ręce wpadnie coś interesującego.

Tym razem - oczywiście - po kluczyku nawet śladu. Były zegary, owszem, nawet bardzo ładne i stare, ale  jestem stworzeniem upartym i chciałam dokupić tylko kluczyk. No, może ewentualnie szkiełko. Choć podobno szkiełka te nie do dostania, jednak nigdy  nie powiedziałabym "nigdy", nie sprawdziwszy pod Halą.

Jest takie zdanie w "Kubusiu Puchatku"które, jak nie znoszę tej książki, tak świetnie nadaje się do opisania poszukiwań. Mianowicie im bardziej zagłębiałam się przeszukując bazar, tym bardziej kluczyka tam nie było. Były karafki i stare meble z odłażącym fornirem, żyrandole i zabytki techniki z PRLu. Były pordzewiałe żelazka bez duszy, magnetofonowe kasety z muzyką biesiadną  i roczniki magazynów, które dawno zniknęły z kiosków. Były szydełkowe obrusy,  cynowi żołnierze i plastikowa biżuteria.  Była cała masa czegoś, co trudno zidentyfikować, a co najmniej połowę z tych rzeczy sprzedawano jako coś, czym nigdy nie były. Ludzie kupowali przedmioty, jakie zwykłam wyrzucać i sprzedawali takie, których bym się nigdy nie pozbyła.  Ale kluczyka ani śladu.

Wobec tej nieobecności, żeby mi nie było smutno, dokupiłam sobie do towarzystwa dwa sporych rozmiarów sukulenty w okazyjnej cenie. Oczekując aż z falujących tłumów wynurzy się małżonek, niezbędny do wspólnego tachania kolczastych indywiduów, sterczałam trochę bez sensu nad pełnym rozmaitego dobra straganikiem pani kwiaciarki. Miała ona również w ofercie szkła rozmaite, dzbanki i paterki, oraz biżuterię, niezbyt szlachetną. Ponadto dysponowała walizką wypełnioną odzieniem z karteczką " 2 zł za sztukę". Ponieważ cena nie zwiastowała atrakcyjnej zawartości, nie obdarzyłam walizki większym zainteresowaniem. Jednak moja uporczywa obecność w jednym miejscu została mylnie zinterpretowana przez inne kupujące panie, które zeszły się z ciekawością i, wzgardziwszy roślinną ofertą, rozpoczęły rozgrzebywanie walizki. Mignęły mi raz i drugi kropki jakieś, przypisałam je w wyobraźni ogromnej bluzce w stylu lat '80. Mignęły mi znowuż beżowo i falbaniasto, ale wzgardziłam szmatką z dwuzłotowej przeceny. Kiedy jednak damy rozeszły się z tekstylnymi łupami pozostawiając opróżnioną do połowy walizkę, a kropkowane coś nadal leżało prowokacyjnie na wierzchu, nie wytrzymałam i, z pewnym niesmakiem, sięgnęłam po cosia. Coś prześlizgnął mi się jakoś tak delikatnie przez palce. Zbyt delikatnie jak na poliestrową koszulę w rozmiarze XL z lat '80. Wiedziona ciekawością postanowiłam zaryzykować 2 zł z mojego portfela i w ten sposób zostałam właścicielką cosia.

 

 

 

 

 

 Od redakcji : coś okazał się sukienką szytą z jedwabiu na lewą stronę. Po odebraniu sukienki z pralni Agnieszka może się cieszyć nową odzieżą.

Cóż za poruszająca serce historia! Tylko na tym blogu. Nowy reportaż już wkrótce!

19:06, jaagnieszka0
Link Komentarze (20) »
środa, 31 sierpnia 2011

Pewne rzeczy nigdy nie przestaną mi się podać. Być może nie konkretne sztuki odzieży, jak ta sukienka, ale z pewnością istnieją kroje, którymi się nie znudzę. Biorąc pod uwagę, że stylistyka lat '70 przemawiała do mnie już w liceum, to uwzględniając, iż obecnie jestem ponad dwukrotnie starsza, śmiało mogę wyznać, że hippisowskie klimaty ciągną się za mną przez pół życia. Nic na to nie poradzę, mam je we krwi, podkręcone dodatkowo wpojoną mi przez Babcię miłością do kwiatów i falbanek - im więcej tym lepiej, w obu przypadkach. Dlaczego właśnie ten styl? Może dlatego, że jest zarazem szalony  i  delikatny? Może dlatego, że szerokie zwiewne rękawy zdają się unosić kobiece sylwetki jak skrzydła, a długie, falbaniaste suknie trzepocą na wietrze jak szaty bajkowych elfów? Może dlatego, że ubrania są ekstremalnie kobiece, z zachowaniem pewnej dozy zadziwiającej i niewinnej dziewczęcości? A może i dlatego, że w modzie tamtych lat panuje tak wielka różnorodność, że w każdym stanie ducha i ciała znaleźć mogę dla siebie coś najodpowiedniejszego. Czy to spodnie, czy spódnice, czy kozaki, drewniaki, czy ekstremalnie wysokie obcasy, indiańskie klimaty, folkowe nastroje, romantyczne przezroczystości  - nic nie jest obce stylowi lat '70. I nic to, że bywały lata, gdy tamte kroje stawały się zupełnie nie na czasie - dla mnie wiele z nich jest ponadczasowych. Któż się nie skusił od czasu do czasu na dzwony, a już pewniej - szwedy? Czym jest lato bez sukienek w falbankach i kwiecistych wzorów? Nie mówiąc o butach na platformach i koturnach powracających co i rusz falami, w zasadzie co  dekadę co najmniej. Jedyne do czego zdecydowanie brak mi śmiałości to kapelusze z dużym rondem. Hołubię w szafie wprawdzie trzy piękne sztuki, każdą innego rodzaju i formatu, ale z uwagi na mikry wzrost brak mi odwagi aby naprawdę je wykorzystać i leżą wszystkie trzy, z metkami na półce. Oto moja wielka, wstydliwa, szafiarska tajemnica ;)

 

 

tutaj. Od tego czasu wzbogaciłam ją w koronkowe ramionka i obszycia dekoltu, a także falbanę na dole. Zyskała też fikuśne, filigranowe guziczki z metalu, w miejsce zwyczajnych z plastiku.  Sweter i pleciony koszyk z dodatkami ze skóry, to widome dowody na skuteczność wizualizacji. Należy odpowiednio starannie wyobrazić sobie przedmiot pożądania i .... wejść do lumpa ;)

18:37, jaagnieszka0
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8